TRZY BILBOARDY W OGNIU

Piotr Grobliński

Autorem wpisu jest

Poeta, dziennikarz, publicysta kulturalny. Urodzony w 1966 roku w Łodzi. Jako poeta i recenzent debiutował w 1986 roku w „Odgłosach”. Opublikował pięć tomików poetyckich: Błękitne lustro aksjologii (1990), Filozoficzne aspekty tramwaju (1995), Zgodnie z regułą splotów (1997), Festiwale otwartych balkonów (2005), Inne sprawy dla reportera (2012). Pracuje w Łódzkim Domu Kultury jako redaktor wydawnictwa Kwadratura. Publikuje felietony, recenzje i reportaże. Jego zawodową specjalnością jest prowadzanie spotkań z ludźmi kultury.

Komentarzy: 2

  1. Krzysztof Golec-Piotrowski
    Autorem wpisu jest Krzysztof Golec-Piotrowski says:

    Charakterystyczne dla tego dzieła było to, że bohaterowie nawet czasem mówili „dziękuje”, ale nigdy nie mówili „przepraszam” :(
    Halo, rano po zniknięciu komentarza zamieściłem go drugi raz a teraz widzę oba!

  2. Krzysztof Golec-Łotrowski
    Autorem wpisu jest Krzysztof Golec-Łotrowski says:

    W siną dal cel pal.
    Po obejrzeniu filmu, który trzymał mnie w napięciu stopniowo ochłonąłem i już nie podzielam zachwytów nad tym obrazem. Owszem niezły, ale wybitny może się zdawać jedynie w tych naszych parszywych czasach, w których gros amerykańskiej produkcji to dziełka dla mniej rozwiniętej młodzieży z gimnazjum. Pierwszy trop do myśli, by nazwać 3 Billboardy sprawnie wyreżyserowany teatrem papierowych aktorów dała mi scena z księdzem. Mam wrażenie, że olbrzymia niechęć do Kościoła przemycono w ustach zrozpaczonej bohaterki bezkarnie, potem jeszcze kilka razy udało się tak zaszantażować widza by podążył za historią dzięki znakomitej grze McDormand i jej moralnej wyższości nad innymi po stracie córki. Długo jej gniew i działania uznajemy za słuszne, część widzów pewno do samego końca filmu. I tu jest pies pogrzebany – inne postaci skonstruowane są jedynie dwuwymiarowo, często na zasadzie paradoksu (twardziel – maminsynek np.) i całe napięcie bierze się z tej zaskakującej czasem widza dwuwymiarowości. Przyznam, że czekałem na kolejne zaskoczenia i przewidziałem wszystkie z wyjątkiem tego z identyfikacją DNA przestępcy. Postacie z papieru mimo to dawały obrazowi dużo żaru, papier wszak to materiał bardzo łatwopalny. Wracając do księdza – atak na niego to trop ku myśli, że film jest w zasadzie antychrześcijański w całej swojej wymowie (np. piękne samobójstwo itp.). Są zbrodnie bez kary, przemoc bez uzasadnienia, jedynie myśl, że zło rodzi zło wydaje się porządkująca jakoś ten straszny, szary świat. Ale filmów o tej eskalacji przemocy kilka widziałem i niniejszy nie dostaje do takich jak „Unforgiven”, czy „Trzy pogrzeby Melquiadesa Estrady”. To były znakomite moralitety. Nawet popularny thriller o zbrodni i zemście „Odważna” był bliżej żywego człowieka niż bezwładna w działaniu garstka mieszkańców tego pięknego miasteczka w Missouri. W miasteczku nikt na nic nie reagował, to było naprawdę dziwne. Cóż, postacie z papieru, co gorsza, takie było założenie. Założenie, że na koniec będziemy kibicować parze mścicieli jadącej wymierzać wątpliwa sprawiedliwość w sąsiednim stanie. Tacy nowi Natural Born Killers, tylko coś nie pasowało mi z tą sceną. No tak bohater Woody Harrelsona się zabił a to on powinien z Frances McDormard jechać w siną dal.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *